Międzyszkolna wyprawa po Morzu Śródziemnym
Nic tak nie integruje jak wspólna praca i to w wymagających warunkach. Mieli szansę przekonać się o tym reprezentanci czterech placówek w Tarnowskich Górach. Młodzież wybrała się na wyprawę po Morzu Śródziemnym. Uczestniczyli w niej przedstawiciele: Zespołu Szkół Chemiczno-Medycznych i Ogólnokształcących, Zespołu Szkół Budowlano-Architektonicznych, I LO im. Sempołowskiej i II LO im. Staszica. Jak wspominają, podczas swojej ośmiodniowej podróży doświadczyli zarówno uroków wodnych podróży, jak i trudności (sztorm, choroba morska, zmęczenie).
Z dziennika okrętowego
Uczestnicy rejsu z tarnogórskiego "Chemika" opisali każdy dzień morskiej przygody. Co ciekawego spotkało ich podczas tego tygodnia? Przeczytajcie!
Dzień 1
Zaokrętowanie i pierwsze morskie obowiązki: załadunek prowiantu, szkolenia wachtowe oraz zapoznanie się z przepisami obowiązującymi na statku. Wszystko nowe, intensywne, trochę chaotyczne - ale czuć już było, że zaczyna się przygoda. Wieczorem chwila wytchnienia i zwiedzanie Nicei, która pięknie domknęła ten pierwszy, pełen wrażeń dzień.
Dzień 2
Kolejny poranek upłynął pod znakiem szkoleń oraz pierwszego wchodzenia na reje - dla wielu z nas było to prawdziwe wyjście ze strefy komfortu. Tego dnia odwiedziła nas również Legia Cudzoziemska wraz z grupą antyterrorystyczną. Wizyta była możliwa dzięki naszemu majestatycznemu żaglowcowi pod polską banderą.
O godzinie 12:00 wyszliśmy w morze. Fale okazały się na tyle solidne, że na obiedzie pojawiła się tylko połowa z 40-osobowej załogi, a na kolacji już tylko 8 osób - reszta walczyła z chorobą morską.
Dzień 3
Wiatr osiągał 9 stopni w skali Beauforta. Fale regularnie wdzierały się na pokład - suchej nitki nie było na nikim. Dzień upływał w rytmie: wachta, sen, posiłek (jeśli ktoś był w stanie) i od nowa.
Brasowanie żagli pod prysznicem z morskich fal było prawdziwą próbą charakteru. Jak trafnie podsumował jeden z załogantów: "All inclusive z rodzicami by mnie tego nie nauczyło".
W nocy stanęliśmy na kotwicy. Choroba morska wreszcie odpuściła, choć nawet bosman przyznał, że "pierwszy raz śniadaniem karmił ryby".
Dzień 4
Zwiedzanie Portovenere - przepięknego włoskiego miasteczka - wynagrodziło wszystkie wcześniejsze trudy. Widoki i chwila spokoju przypomniały, że właśnie dla takich momentów warto było przejść przez sztorm.
Dzień 5
Osiągnęliśmy prędkość 6 węzłów wyłącznie na żaglach - bez pomocy silnika. Chwila prawdziwej żeglarskiej dumy. Dopłynęliśmy na wyspę Elba, a potem już typowo po włosku: kawa, świeże wypieki i pizza. Po dniach walki z morzem smakowało to jak nagroda.
Dzień 6
Spokojny poranek w porcie i o 12:00 ruszyliśmy dalej. Morze było łagodne, słońce grzało - żeglarska sielanka.
Nagle alarm: człowiek za burtą. Na szczęście tylko ćwiczenia, choć emocje były prawdziwe. Resztę dnia wypełniły prace bosmańskie. Plan: w ciągu doby dotrzeć do Genui. Dzień zakończył się pięknym zachodem słońca.
Dzień 7
Zbliżając się do Genui, pogoda znów się pogorszyła. Po wpłynięciu do ogromnego portu towarowego przyszła pora na sprzątanie statku i wachty trapowe. Wieczorem - już na luzie - planszówki i śpiewanie szant.
Dzień 8
Ostatni dzień rejsu spędziliśmy spokojnie, zwiedzając Genuę - miasto od wieków związane z morzem. Był czas na kawę, włoskie przysmaki i pamiątki.
Wracaliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi - z głowami pełnymi obrazów sztormu, mokrych lin i wspólnych wacht. To był rejs, którego długo nie zapomnimy.
Może Cię zainteresować:
